Muzeum II wojny światowej – takiego jeszcze nie było

Schodzenie na poziom minus 14 spowoduje, że świat, codzienność będą znikać, zostaną za nami. Im niżej, tym ciemniej – rozmowa GW  z Jackiem Droszczem i Andrzejem Kwiecińskim, architektami, autorami projektu gdańskiego Muzeum II Wojny Światowej

Anna Umięcka: Po rozstrzygnięciu konkursu na projekt Muzeum II Wojny Światowej pojawiły się głosy wątpiące, czy wasza koncepcja jest w ogóle możliwa do realizacji. Na czym polega problem? Jacek Droszcz: Ze względu na przyjęte rozwiązanie techniczne nasz projekt od początku wzbudzał wiele emocji. To niewątpliwie wyzwanie, pewnego rodzaju eksperyment. Budynek zanurzamy w ziemi na głębokość 14 metrów. „Zanurzamy”, ponieważ ziemia jest tam bardzo mocno nawodniona. Minus 14 to poziom posadzki, po której chodzą zwiedzający. Ale prace konstrukcyjne sięgają głębiej. Przygotowując odpowiednie podłoże dla budynku schodzimy na około 16-17 metrów. Tam powstanie specjalny korek betonowy, zabezpieczający budowlę przez „wypływaniem” z wody i z gruntu – rodzaj stabilizującego fundamentu.Boicie się tego ryzyka? 

Jacek Droszcz: Nie. Wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z silnym, bocznym naporem wody. Natomiast spodziewaliśmy się, że grunt na pewnej głębokości będzie już nośny. Ale nie jest. Trzeba więc budynek ustabilizować za pomocą specjalnych baret, czyli pali, które wejdą jeszcze głębiej, stanowiąc rodzaj kotwic. Najtrudniejszy moment nastąpi podczas wykonywania posadzki, zanim zaczniemy obciążać ją ścianami i stropami. Potem coraz cięższa całość zbalansuje wypór i zrównoważy parcie z boku.

Ale śpimy spokojnie. Mamy znakomity zespół konstrukcyjny. Przeprowadzaliśmy też wiele konsultacji w gronie specjalistów od budowy portów, doków, którzy mają ogromne doświadczenie w budowaniu w takim środowisku.

Lokalizacja muzeum jest równie problematyczna jak gdyńskich Sea Towers. Czy poziom skomplikowania tych realizacji jest porównywalny? 

Jacek Droszcz: Nie, tam inwestor zdecydował się na wyniesienie budynku i właściwie wszystkie funkcje usytuował powyżej poziomu wody. Nawet garaże. Jedynie płyta osadzona jest w wodzie i odpowiednio zabezpieczona. Ale za to mierzył się z realizowaniem budynku wysokościowego i musiał pokonać wiele barier konstrukcyjnych z tym związanych.

Andrzej Kwieciński: Obok nas buduje się Teatr Szekspirowski. Jeśli jest nawet usytuowany na podobnej głębokości, to skala tego przedsięwzięcia jest zupełnie inna. My mamy do czynienia z ogromną powierzchnią – zanurzamy 1,5 hektara w gruncie.

Jak bardzo ostateczna realizacja może się różnić od wizualizacji? 

Jacek Droszcz: Zdajemy sobie sprawę, że jednym z walorów naszego projektu, dzięki któremu wygraliśmy konkurs, było jednoznaczne określenie koloru i faktury. Użyta czerwień jest zaskakująca i wzbudza emocje. Żeby teraz sukces konkursowy przełożył się na rzeczywisty sukces przestrzenny, musimy być bardzo konsekwentni.

Andrzej Kwieciński: Generalia zostają, choć pewne zmiany wprowadza się nawet podczas budowy – jakiś detal, szczegół rysuje się czasem na serwetce. Ale to dobrze. Zmiany te nie wynikają z braku wyobraźni czy pomysłów na rozwiązanie problemu. Na budowie zawsze można coś ulepszyć, widząc część zrealizowanych prac. Dyskutujemy też z wykonawcami, z majstrami i często się zgadzamy.

Jacek Droszcz: Budowa będzie trwała ok. 1,5 roku. A powstaje wciąż tyle nowych technologii. Być może w tym czasie pojawi się też jakieś lepsze, bardziej optymalne rozwiązanie.

Ale w pani pytaniu wyczuwam inny podtekst; wiemy, że – szczególnie gdy mamy do czynienia z jednostkami budżetowymi – przetarg na wykonanie obiektu wygrywa firma najtańsza. Co często daje tragiczne efekty. Taki wykonawca stosuje różnego rodzaju zamienniki w ramach pewnych parametrów, które określamy w projekcie. Prawo o zamówieniach publicznych zabrania nam narzucania konkretnego rozwiązania. Możemy określić kolor, fakturę, wytrzymałość danego materiału, ale nie wolno nam podać nazwy konkretnej firmy. A przecież każdy producent ma inną jakość. Za tym idzie oczywiście cena. W efekcie jeden budynek starzeje się lepiej, inny gorzej. A przecież idąc to sklepu nie kupujemy zawsze najtańszych butów.

Przed wojną mówiło się nawet – jestem biedny, więc nie stać mnie na kupowanie tanich rzeczy. 

Jacek Droszcz: Szkoda, że ta zasada nie obowiązuje w prawie o zamówieniach publicznych. Mielibyśmy zupełnie inne efekty. Dobrym przykładem jest słynny przetarg na budowę autostrady, który wygrali Chińczycy. Cena nie może być jedynym parametrem. Na szczęście nad naszym projektem prowadzimy nadzór autorski, więc cały czas trzymamy pieczę nad realizacją.

To teraz jedna z najważniejszych inwestycji w Polsce. Czujecie presję? Są naciski ze strony inwestora? 

Jacek Droszcz: W tym przypadku mamy dobrych inwestorów – partnerów, którzy podchodzą do naszej pracy z dużym szacunkiem. Rozumieją, kiedy mówimy o estetyce, potrzebach ogólnych i o tym, że musimy uzyskać jak najlepszy efekt, byśmy mogli się tym obiektem poszczycić. Są emocje, ale ogromnie miłe. Pracujemy z historykami. Z przyjemnością przysłuchujemy się ich opowieściom. Oglądamy pamiątki, które przynoszą ludzie do muzeum. Niesamowite! Granaty, pistolety, czasem bardzo wzruszające przedmioty: pamiętniki, szkice z obozów. Widzieliśmy oryginalną Enigmę! Przy okazji tego projektu żyjemy w nieco innym świecie, spotykamy się ze środowiskiem, które jest niesłychanie interesujące.

Jesteśmy też zapraszani na różnego rodzaju prezentacje. Byliśmy m.in. we Wrocławiu w Muzeum Architektury, a jesienią ubiegłego roku w Berlinie. Zaprosiła nas tam organizacja, która przyznaje Architecture Prize of Berlin. Przy tej okazji odbywają się prezentacje najciekawszych obiektów europejskich.

I jakie komentarze wywołał wasz projekt w Berlinie? 

Jacek Droszcz: Muszę przyznać, że opowiadanie o Muzeum II Wojny Światowej w Berlinie było dużym przeżyciem. Naszą prezentację poprzedziła dyskusja poświęcona kształtowaniu się relacji polsko-niemieckich od czasów wojny. Poruszano też sprawę Eriki Steinbach. W pewnym sensie muzeum jest odpowiedzią na projekt Muzeum Wypędzonych, który powstaje w tym czasie. Rozmowa toczyła się gronie historyków polskich i niemieckich, wykładowców uniwersyteckich. Projekt i jego przesłanie bardzo się podobały. Podkreślano, że forma ma wydźwięk symboliczny.

Więcej:
http://trojmiasto.gazeta.pl/trojmiasto/1,35612,11492521,Muzeum_II_Wojny_Swiatowej__Takiego_jeszcze_nie_bylo.html#ixzz1rT8nNmyl

Udostępnij na:
  • Facebook
  • Twitter
  • Blip
  • Drukuj
  • email